menu

Wyścigi konne w II RP: Tak ustawiano gonitwy na Służewcu!

20.03.2017, godz. 14:13
Super Historia 20.03
Super Historia 20.03 foto: EAST NEWS

Wyścigi konne w II RP zdradzały podziały klasowe polskiego społeczeństwa. Wyższe towarzystwo w powozach, obywatele ziemscy i średnia klasa urzędnicza na trybunach, gawiedź za bandą. Wspólne były tylko hazardowe emocje i miłość do koni.

"Koń jaki jest, każdy widzi" - ta definicja z encyklopedii księdza Chmielowskiego obowiązywała w Polsce przez wieki. Każdy też widział, do czego koń może służyć. Do walki, za co mu chwała, i do obstawiania, przez co tym większa do koni sympatia. Wyścigi konne to rozrywka pasjonująca i wciągająca tych, którzy na tych wyścigach grywali, bez względu na pochodzenie i stan majątkowy, przyciągały więc coraz więcej kibiców. Wystarczyło wybrać się na którąś z gonitw.

Pola do popisu

Na wyścigach, w II RP odbywających się na Polu Mokotowskim w Warszawie na niezorientowanych czekały liczne pułapki. Głównie ustawianie gonitw. Przekupywanie jeźdźców przez graczy stawiających na określoną kolejność koni na mecie naprawdę duże sumy przed żadną z dwóch wojen nie było uważane za proceder wstydliwy czy naganny. Wyjątkiem byli dżokeje będący oficerami. Ci nie brali nigdy, a wygrać chcieli zawsze. Zasada wspomagania jeźdźców była nagminna w czasie II RP, o czym świadczy powojenny felieton Wiecha o Boczkowskim. Zajęcia bohatera "Homera warszawskiej ulicy", polegającego na "robieniu bocznych interesów na wyścigach", nie uznał za naganne nawet sąd. Przedwojenni panowie w powozach ekscytowali się ponad miarę, zwłaszcza gdy kupno zakładów pokrywali ze sprzedaży rodowych sreber.

Z wyżyn powozu

Pole Mokotowskie rozbrzmiewające sanacyjnym wrzeniem, rżeniem i przeklinaniem miało niepisane zasady ostrego podziału na lepiej i gorzej urodzonych i usytuowanych. Wyższe towarzystwo nie wysiadało podczas wyścigów z powozów. Stangreci kierowali się tam, gdzie stali bywalcy mieli swoje "miejsca parkingowe". Był to specjalnie wyznaczony teren, skąd widok na tor był swobodny, a zapylenie nikłe. Bilety kupowali i zakłady zawierali według instrukcji wprawni służący, zasięgnąwszy fachowych porad u wytrawnych graczy pochodzących z warstw niższych. Byli to zwykle przedwojenni odpowiednicy Boczkowskich, za niewielką opłatą zdradzający, który z koni "pobiegnie posmarowany", a który chwilowo nie ma ambicji.

Bilet to nie wszystko

Funkcję porządkującą wyścigowe społeczeństwo pełniły trybuny. Nawet jeśli kogoś stać było na bilet uprawniający do zajęcia miejsca na trybunach, bez odpowiedniego stroju i pozycji nie śmiał wejść nawet na najniższy ich stopień. Obowiązywała tu zasada wykluczająca tych, którzy nie mieli znajomości pośród innych bywalców podwyższeń. Na miejscach biletowanych lokowali się ludzie ustosunkowani. Obcy naruszający strefę podestu mącił porządek i jasność sytuacji. Wystarczył dyskretny gest dłonią w rękawiczce, by służba porządkowa pokazała niepożądanemu widzowi, gdzie jest jego miejsce: pomiędzy dolnym stopniem trybuny a bandą. Tłoczyli się tu drobni kupcy, pomniejsi przewoźnicy, prawnicy aplikujący do poślednich kancelarii i gryzipiórki z mankietami poplamionymi atramentem.

Pył bitewny pożądany

Poza arystokracją zmieszaną ze sferą urzędników państwowych na wyścigach bywały też tak zwane masy: wszelkiej maści biedota w masie swej przebogata. Służba, zagruźliczeni i jeszcze zdrowi biedni studenci. Całe to zgromadzenie wyło z radości, dopingując jeźdźców zza bandy. To miejsce, położone po przeciwnej stronie torów, na wprost trybun, znajdowało się tuż przy pędzących koniach. Dosłownie na chwilę przed wojną przeniesiono warszawskie wyścigi z Pola Mokotowskiego na Służewiec. Pierwsza bomba w nowym miejscu poszła w górę 3 czerwca 1939 r. Wyścig odbył się tam jeszcze 31 sierpnia. Potem bomby poszły w dół, a teren zajęły Waffen-SS ze swoimi końmi. W Polsce powojennej na wyścigach nie obowiązywały już żadne zasady podziału. Elegancki pawilon widokowy w modnym stylu okrętowym wypełniły tłumy zza przedwojennej bandy. Niezmiennie narzekające, że "te dzisiejsze wyścigi to już nie to, co przed wojną".

autor: Ewa Jabłońska zobacz inne artykuły tego autora
WIĘCEJ WIADOMOŚCI